Wywiad przeprowadziłam we wtorek, 28.10.08, wieczorem, między godziną 19 a 22, spotkałyśmy się w kawiarni.
Moją informatorką była Ewa, z domu Marciniak, ma 28 lat, na początku października wyszła za mąż za Piotrka. Na wywiad zgodziła się bez problemu, stwierdziła tylko humorystycznie, że „teraz się okaże, dlaczego taka jestem" .Na moje pytanie, kogo zaliczyłaby do swojej rodziny, wymieniła w kolejności Mamę - Jadwigę, tatę - Wojciecha i siostrę - Kasię. Spytałam, czy męża też traktuje jako część swojej rodziny, chyba zrobiło jej się głupio, powiedziała, że jeszcze chyba się nie przestawiła z tym myśleniem. I że w ogóle, ma problemy z podpisywaniem się nowym nazwiskiem, że ciągle jej się zapomina. Z kolei wymieniając członków rodziny, do których w pierwszej kolejności zwróciłaby się ze swoimi problemami to Piotra wymieniła na pierwszym miejscu, później siostrę, tatę i mamę. Ale może nie powinnam o męża dopytywać? Może raczej po prostu za rodzinę uznaje swoich najbliższych krewnych. Z drugiej strony, potem w trakcie wywiadu osoba Piotrka też się pojawiała. Rozpoczynając rozmowę przedstawiłam mniej więcej cel badań, ogólną problematykę, pytania takie jak : co to jest rodzina, czy istnieje coś takiego jak pomoc w rodzinie, kiedy i jak ona się objawia, z czego biorą się problemy, jaka jest częstotliwość i kontekst rodzinnych spotkań, stosunki z krewnymi. W trakcie wywiadu zadawałam czasem jakieś dodatkowe pytania, żeby np. uściślić kto jest kim, dopytać o dalszy ciąg pewnych relacjonowanych sytuacji. Później rozmawiałyśmy też o mnie, czasem też w trakcie wywiadu, w chwilach jakiejś ciszy opowiadałam jak jest w mojej rodzinie w podobnych sytuacjach, nie chciałam, żeby to wyglądało tylko na wyciąganie z Oli informacji, a z kolei wydawało mi się, że jak zostawię na koniec opowiadanie o sobie, to będzie wyglądało jakoś nie całkiem naturalnie. Znamy się od kilku lat, pracowałyśmy razem, więc i tak sporo o sobie wiemy. Ogólne wrażenie po tym wywiadzie miałam bardzo pozytywne, bałam się wcześniej, że będę musiała z niej wyciągać jakieś historie, że odpowiedzi ograniczą się do jakiś zdawkowych ogólnych zdań. A Ola się całkiem rozgadała, sama opowiadała o rodzinie, o różnych sytuacjach. W konsekwencji wywiad z zamierzonej godziny przedłużył się do trzech godzin. Również nie miałam większego problemu z notowaniem, a tego też się trochę obawiałam, że będzie to wyglądało ostentacyjnie.
Rodzina to są osoby, na które zawsze można liczyć, z którymi ma się bliski kontakt, do których ze wszystkim można się zwrócić.
Ja raczej sama staram się rozwiązywać większość swoich problemów, ale i tak często dzwonię do rodziców z nimi pogadać, wyżalić się. W pierwszej kolejności zawsze zwracam się do Piotra, później chyba do siostry, do mamy i do taty. W stosunkach z rodzicami odczuwam od jakiegoś czasu coraz większe opory, bo oni sami mają swoje problemy. Poza tym często jak z nimi rozmawiam, naciskają na mnie, żebym zmieniła pracę, że nie po to studiowałam tyle lat, żeby teraz marnować się w knajpie i moje tłumaczenia, że to nie jest takie proste nic nie dają. Jak mi brakuje kasy, to w sumie wolę pożyczyć od kogoś, niż ich prosić, bo wiem, że oni by mi nie odmówili, a sami nie mają.
Rodzice też często dzwonią do mnie pogadać, mamy naprawdę dobry kontakt. O problemach mamy dowiaduję się zwykle od taty. Mama ma problemy zdrowotne od jakiegoś czasu, z żylakami, od dawna ma nadciśnienie, ostatnio jej wykryli jakieś kamienie żółciowe. Więc zawsze, jak chcę się dowiedzieć, co u nich słychać, to najpierw dzwonię do taty, on mi wszystko wypapla, a potem do mamy. Pytam, jak się czuje, ona na to, że świetnie, a ja wtedy : „a ja słyszałam, że...". No i wtedy mi powie. Moi rodzice w ogóle to mają zupełnie różne charaktery, mama jest choleryk, tata to istna ostoja spokoju. Mama ma jazdę na zdrowie, ma strasznie dużą torebkę, w której nosi pełno leków, zawsze ma przy sobie adrenalinę, bo ona ma uczulenie na ugryzienia os i pszczół, kiedyś ją ugryzła, z 15 lat temu, a ja jeszcze to pamiętam, zaraz zaczęła cała puchnąć, masakra. Dlatego teraz nosi ze sobą cały zestaw leków, bo się boi, że nie zdąży dojechać do szpitala. Niedawno byli z tatą nad jeziorem i mamie się wydawało, że ją osa użądliła i narobiła paniki, tata ją spokojnie zapakował do samochodu, pojechali w te pędy d szpitala, bo mamie się wydawało, że cała puchnie, ale po drodze stwierdziła, że chyba jednak jej się wydawało. Tata potem do mnie dzwonił i mi to opowiadał, a potem mówi „więc skręciliśmy do Kauflanda, żeby kupić gin i tonik i opić to, że mamie się wydawało". On jest bardzo opanowany i pozytywny, no i strasznie gadatliwy. Mama też z resztą jest gadatliwa. Zawsze mi różne ploteczki sprzedaje rodzinne i nie tylko.
Rodzice w latach 90 otwierali aptekę w Lubaniu, musieli wziąć w tym celu kredyt. Ale wtedy były jakieś jazdy z lekami refundowanymi, oni musieli kupować w hurtowni po normalnych cenach, klienci kupowali np. za złotówkę, a rząd nie miał kasy i musieli miesiącami czekać, aż dostaną zwrot. Zaczęli popadać w długi, bo nie mieli z czego spłacać kredytu, nawet na życie im za bardzo nie starczało. Więc brali kolejne kredyty, żeby spłacać tamte, i tak w kółko. W końcu, dwa lata temu musieli sprzedać swój dom, żeby spłacić kredyty. A i tak nie starczyło na wszystko i nadal maja problemy. Aptekę nadal prowadza, ale mieszkają teraz w Nieszawie, a aptekę mają w Lubaniu. Codziennie do pracy dojeżdżają. Ostatnio chyba znowu mają problemy, nie wiem dokładnie, ale musieli mojej siostrze sprzedać swój samochód, bo komornik chciał im go zabrać.
Mama ma problemy z siostrami, szczególnie z jedną - Hanką. Ona jest lekarzem, mieszkała z nami przez płot w Lubaniu. Jak mieli takie problemy finansowe, to chcieli pożyczyć od niej pieniądze, bo ona jest naprawdę bogata, zawsze miała odłożone jakieś większe kwoty. Ale Hanka powiedziała, że nie, bo ona owszem, ma odłożone, ale na ślub dzieci. A dzieci się do ślubów na razie nie palą (ma syna i córkę - Justynę ). Po tej akcji kontakty się jakoś zepsuły. Kiedyś się wszyscy spotykaliśmy, na święta, imieniny itd.,teraz się w ogóle nie widujemy właściwie. Z Justyną to ja się w sumie wychowywałam, potem mieszkałyśmy jakiś czas razem w Poznaniu, miałyśmy naprawdę dobry kontakt. Teraz ona mieszka w Lubaniu, jakoś raz na 3 miesiące do siebie dzwonimy, albo piszemy. A teraz, jak brałam ślub, to nawet się nie odezwała. W ogóle, z tym ślubem to była niezła jazda. Braliśmy ślub na początku października, w Poznaniu, cywilny tylko, taki dla nas raczej i znajomych, rodziny nie zapraszaliśmy, bo we wakacje chcemy wziąć normalny ślub kościelny i wtedy całą rodzinę zaprosić, zrobić normalne weselicho. Powysyłałam zawiadomienia, żeby nie czuli się urażeni, a nikt nawet nie zadzwonił z życzeniami, z tej rodziny od strony mamy. Do Justyny też pisałam sms, że już zmieniłam nazwisko, nawet mi nie odpisała. Za to z rodziny od strony ojca wszyscy dzwonili, każdy z osobna, zupełnie inaczej. W sumie nie wiem, o co im chodzi. Skąd się bierze takie zachowanie...
Właściwie z tej mamy rodziny, to tylko mój chrzestny się odezwał, jakąkolwiek reakcję na mój ślub wykazał.. Bo Hanka jest moją chrzestną, a jej były mąż - Wojciech ( rozwiedli się dwa lata temu, oboje są lekarzami, on ją zdradził z pielęgniarką, która pracowała w ich ośrodku zdrowia ). W ogóle, to Wojciech jest bardzo lubiany tam na wsi, najpierw po tej akcji ze zdradą to wszyscy gadali na niego, jak on mógł i w ogóle, wiadomo - na wsi to wszyscy wszystko wiedzą. Ale teraz już jakoś zapomnieli. Pacjenci walą do niego drzwiami i oknami, za to do ciotki, która jest pediatrą to tylko przychodzą, jak już dziecko jest naprawdę chore. Ciotka ma ciężki charakter, jest oschła i bardzo wyniosła, krzyczy na te biedne matki cały czas...
Mama ma jeszcze jedną siostrę, Aśkę, która sama o sobie mówi, że jest wariatką. Faktycznie, bierze chyba jakieś drugsy, ale chyba nie ma żadnej choroby zdiagnozowanej. Teraz to prawie w ogóle nie ma z nią kontaktu. Aśka nie pracuje, ma bardzo bogatego męża. Długo się zajmowała babcią, jest z nią bardzo związana. Babcia tez stoi za nią zawsze murem, np. tłumaczyła ciągle mojej mamie, że Aśka nie mogła jej przecież pomóc finansowo, bo nie pracuje. A kasy mają potąd, bo są strasznie bogaci, no ale ona twierdzi, że to są pieniądze jej męża. Aśka jest babci najmłodszą córką. Kiedyś chcieliśmy ich zaprosić na święta, mają córkę, teraz 14 letnią Martę, w ogóle, to Aśka żyje jej życiem, czytają razem smsy od koleżanek Marty i się jarają, co one tam napisały, dla mnie to jest trochę chore, ona ma 14 lat!, w każdym razie, ciotka powiedziała, że nie mogą do nas na święta przyjechać, bo „ona w tym roku pokazuje Marcie, jak się robi święta". I siedzieli sami w trójkę na tych pokazowych świętach, nieźle, co? Aśka od kiedy pamiętam nie pozwalała na siebie mówić ciociu, że niby ją to postarza ;)
Teraz święta spędzamy raczej sami, albo ewentualnie z mamy kuzynką, z którą chyba jako jedyna mamy dobry kontakt. W ogóle, to ciekawe, bo nikt tej kuzynki nie lubi z reszty rodziny. Nie wiem czemu. Jak rodzice mieli takie problemy, to chociaż nie mogła ich wesprzeć finasowo, to zawsze można z nią było pogadać. Czasem przecież wystarczy, że ktoś Cię w plery klepnie, powie „ nie martw się", pozwoli się wygadać.
Tata ma troje rodzeństwa, z nimi jest bardzo dobry kontakt, każdy ma minimum dwoje dzieci, więc mam z tamtej strony sporo kuzynów. Na mój ślub wszyscy dzwonili, składali życzenia, mówili, że nie mogą się doczekać lata i wesela. Zawsze można na nich liczyć, chociaż w kasę nie opływają. Dwoje z nich nawet wzięło kredyty, żeby rodzicom pomóc w tym kryzysie finansowym. Tylko oni mieszkają daleko, 300km, więc tak strasznie często się nie widujemy. Ale jak będziemy brali ślub, to chyba właśnie tam, gdzie się urodziłam, w Świebodzinie i skąd mój tata pochodzi. Już nawet nam tam salę załatwiają.
Od taty strony mam takiego śmiesznego kuzyna Artura, AWF studiował, w ogóle taki mięśniak jest, ja na niego zawsze mówiłam cabca - rabca, bo on to taki cwaniaczek . Kiedyś z kumplami jeździł do Niemiec, kradli ciuchy w sklepach - wchodzili do przymierzalni, zakładali kilka warstw na siebie, potem sprzedawali w Świebodzinie. Później otworzył kantor i straszną kasę na tym zrobił, teraz mają już trzy kantory i są obrzydliwie bogaci. To dobry chłopak, ale ożenił się z taką laską, Adą, co jest normalnie zakałą rodziny. Na zewnątrz to jest taka ułożona, miła, grzeczna, cudowna, coś jak Elżbieta z Klanu ;), ale tak naprawdę to jest taka suka. Artur chciał moim rodzicom jakąś kasę dać, jak mieli te długi, ale Ada mu nie pozwoliła! Ostatnio też była taka sytuacja, bo moja siostra ma problemy zdrowotne, w dzieciństwie dużo chorowała, miała rozszczep podniebienia, potem do tego alergia. Teraz przez ten rozszczep ma problemy ze szczęką, w tym roku miała mieć jakąś skomplikowaną operacje, ale nie wiadomo od czego dostała jakiś krwotoków, przez półtora miesiąca miała non stop okres, lekarze nie wiedzieli od czego, kiepskie wyniki, szpital, całe wakacje właściwie spędziła w szpitalu. Nawet zębów jej nie mogli usunąć, żeby aparat założyć. Teraz już by mogła, no ale to kosztuje około 2 tysięcy, a jej głupio jest od rodziców brać. Artur się dowiedział o tym i dzwonił do Kasi (siostra), powiedział, że jej da tą kasę, tylko Ada się nie może dowiedzieć. Kasia powiedziała, że nie chce od niego kasy brać, że to głupia sytuacja. Więc potem do mnie dzwonił, ale mu tez powiedziałam, że nie chcemy, żeby Ada miała jakieś pretensje, on powiedział, że po prostu ona się o tym nie może dowiedzieć. Zaproponowałam, żeby nam pożyczył te pieniądze, a my będziemy mu oddawać po 200zł miesięcznie, ale on powiedział, że tak to się nie zgadza. I gadka się urwała. Ale po jakimś czasie znowu zadzwonił i w sumie przekonałam Kaśkę, żeby wziąć te pieniądze, on by i tak wydał to pewnie na jakieś bzdury, ciuszki itd., przy tym, ile oni zarabiają, to nawet tych dwóch tysięcy nie odczują braku. W sumie to bardzo miło z jego strony, że chce Kasi pomóc. Tylko ta Ada, ona jest niemożliwa, a Artur ja tak strasznie kocha, ja tam nie wiem za co.
Idealna rodzina to taka, w której można otrzymać codzienne wsparcie, w której się rozmawia. Rodzina, która się spotyka przy kolacji i obgaduje wszystko, co się tego dnia wydarzyło. Może to jest nieskromne, ale ja tam uważam, że moja rodzina (ta najbliższa - mama, tata, siostra) jest bardzo bliska ideału. Jak jeszcze mieszkałam z nimi, to zawsze siadaliśmy razem do stołu wieczorem, to było bardzo fajne. Ja to chyba nie byłam idealną córką, oszukiwałam ich jak była młoda, ale tylko dlatego, żeby się nie denerwowali np. że jadę na stopa gdzieś. Czasem jak wracałam z jakiegoś pubu i śmierdziałam fajkami, moja mama mówiła - znowu paliłaś? A ja na to - no. A mama w śmiech,ha,ha,ha. Nie chciała mi wierzyć. Teraz, po latach o wszystkich chyba rzeczach jej powiedziałam i się pośmiałyśmy, nawet nie była chyba zła. W ogóle, to moja siostra miała już chyba łatwiej. Ja jej drogę torowałam. Są takie dwie teorie dotyczące młodszego rodzeństwa, jedna mówi, że to starsze ma trudniej, bo musi przecierać szlaki, u mnie tak było, Kasia potem mówiła „ a Ola mogła" i rodzice też jej pozwalali na to co i mnie. A Piotrek (mąż) ma starszą siostrę, która poszła na studia do Rzeszowa i po pierwszym roku zaszła w ciążę, wpadła z chłopakiem. Wrócili na wieś, chłopak z nią zamieszkał, ale po pół roku zniknął i nie dawał znaku życia. Rodzice nie chcieli Piotrowi pozwolić iść na studia, bo twierdzili, że i tak na pewno ich nie skończy, ze to bez sensu. Więc w sumie siostra mu trochę nagrabiła i on przez nią miał ciężej. A ten jej mąż (były, bo się rozwiedli) się odezwał po kilku latach, powiedział, że był w Irlandii w tym czasie, że teraz dojrzał do tego, że miał żon, ma dziecko, że chciałby być z nimi. Ona mu przebaczyła i teraz mieszkają w Irlandii razem. Piotrek się dowiedział tego od rodziców. Z tą siostrą to ma raczej kiepski kontakt.
A problemy to chyba we wszystkich rodzinach biorą się z braku rozmowy. Że ktoś nie mówi, ktoś inny nie potrafi słuchać. Trzeba o wszystkim rozmawiać. [tu moje pytanie, czy np. do sytuacji między mamą a Hanką też można by to odnieść, Ola zareagowała zdecydowanym - „NIE! Bo moja mama mówiła jej o swoich problemach, Hanka niby słuchała i i tak nic z tego. Może to też zależy od charakteru, usposobienia. Hanka się zawsze wywyższała, tylko jej problemy były ważne...W sumie nie wiem."]
Ja z moją siostrą to mam bardzo dobry kontakt, chociaż jesteśmy jak dwa przeciwieństwa. Ja jestem optymistką, zawsze wierze, że wszystko się uda, mam taki luz, a ona jest nerwowa raczej, zamknięta w sobie, małomówna. Teraz po tych akcjach zdrowotnych we wakacje to w ogóle wpadła w jakąś duchową anemię. Ale trochę lepiej, zaczęła pracować u nas w kawiarni, czasem tylko bo ma dużo zajęć na studiach, ale widzę, że to dobrze jej robi, trochę wyszła do ludzi. Między nami jest pięć lat różnicy. Zawsze gadamy o wszystkim. Wiem, że jak Kasia ma jakiś problem, to na pewno mi powie, ja tez jej mogę o wszystkim powiedzieć. Zupełnie nie mogę sobie wyobrazić takich sytuacji, jak moja mama ma ze swoimi siostrami, nie mieści mi się w głowie, jak można własnej siostrze nie pomóc. Nie wyobrażam sobie, żebym mogła w takiej sytuacji Kasię na lodzie zostawić, albo żeby ona mnie zostawiła.